![]() |
KRONIKA WORSTEN |
![]() |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Edward Tadeusz Wojtakowski
Geneza Towarzystwa Genealogicznego “Worsten“
Dla mnie Edwarda wszystko zaczęło się w
1945 roku w Ostrzeszowie, gdy stałem na balkonie naszego mieszkania przy ul.
Kolejowej 48 i obserwowałem wojsko maszerujące ze wschodu na zachód. Pytałem
się rodziców „Dokąd oni idą?“. Na to matka mi odpowiedziała „Idą do Niemiec,
tam teraz będzie wojna“. Zapytałem “Czy muszą być wojny?“, na to ojciec mi
odpowiedział „Aby nie było wojen powinny powstać Stany Zjednoczone Europy, ale
to chyba nie jest możliwe. W Ameryce powstały Stany Zjednoczone, bo ludzie tam
mówią jednym językiem, natomiast w Europie jest mnóstwo języków“,.Na to ja
odpowiedziałem “To trzeba się umówic i wybrać jeden język. Jako pięcioletni
chłopak nie zdawałem sobie sprawy z tego, że nie będzie zgody, który język
wybrać. Od tego czasu stałem sie marzycielem i często marzyłem o Stanach
Zjednoczonych Europy z jednym językiem. O olbrzymim kraju, w którym nie będzie
wojen.
Interesowałem się innymi językami, ale nie miałem warunków do ich nauki. W 1951 roku przeprowadziliśmy się do Wrocławia. Tu miałem w klasie kolegę Eugeniusza Rostkowskiego z Małkini, z którym na przerwach dyskutowaliśmy na temat polityki. Wtedy dla młodych chłopców ideałem byla Ameryka. Ja tłumaczyłem Eugeniuszowi, że także w Europie mogą powstać Stany Zjednoczone. Był to okres cenzury i głębokiego stalinizmu. Nie wiedziałem, że we Francji i kilku innych krajach już kiełkuje idea Unii Europejskiej. W piątej klasie zaczęto nas uczyć języka rosyjskiego, ale my traktowaliśmy ten język jako język okupanta i nie przykładaliśmy się do nauki. W liceum zacząłem się uczyć angielskiego, jednak mimo ogromnego wysiłku z mojej strony wymowa angielska jest dla mnie nie do opanowania. Teraz w Polsce nastaje moda na uczenie dzieci angielskiego od przedszkola, a nwet od pierwszego roku życia. Z pewnością opanują oni angielską wymowę, ale swój ojczysty polski język będą kaleczyć.
W czerwcu 1955 roku uczestniczyłem w szkolnej wycieczce na szczyt Śnieżki.
Wtedy zobaczyłem po raz pierwszy granicę państwową. Widzieliśmy Czechów, ale
do czeskiego schroniska wejść nie mogliśmy. W lipcu tego samego roku
uczestniczyłem w trzygodniowym obozie młodzieżowym w Żegiestowie. Mieszkaliśmy
nad Popradem, przed którym był pas zaoranej ziemi i patrole straży granicznej
z psami.
Po drugiej stronie Popradu stała samotna chata i przed chatą całymi godzinami
siedziała młoda Słowaczka w naszym wieku. Miała ferie i się nudziła. Poprad
był w tym miejscu bardzo płytki ale szeroki. O rozmowie nie było mowy. Jeden z
kolegów wrzucił do Popradu butelkę ze swoim zdjęciem i adresem, którą wyłowił
ojciec dziewczyny. Zrozumiałem wtedy, że moje dziecięce marzenia o Stanach
Zjednoczonych Europy nie są realne.
Rok później uczestniczyłem w sześciotygodniowym obozie młodzieżowym z młodzieżą polonijną z Francji i Belgii w Jagniątkowie koło Jeleniej Góry. Ten bezpośredni kontakt z mieszkańcami Zachodu był dla mnie wielką lekcją życia. Rozmawialiśmy z chłopcami z Belgii o szkole i o tym co robią w niedzielę, na to oni powiedzieli: w niedzielę bierzemy rowery i jedziemy sobie do Francji. Na to my mówimy jak to, wy macie paszporty? A oni się śmieją i mówią "jeździmy bez paszportów, bocznymi polnymi drogami". To był dla nas szok, więc może istnieć granica bez zaoranego pasa i zasieków z drutu kolczastego? Wychowawcą naszej grupy był Aleksander Chudy, repatriant z Francji, który w Kaliszu uczył w szkole francuskiego. Zapytałem go w jaki sposób mógłbym sam w domu uczyć się francuskiego (podręcznikow i słowników w księgarniach nie było). Odpowiedział mi, że sam francuskiego się nie nauczę, ale we Francji słyszał o języku esperanto, który jest bardzo latwy i możliwy do nauczenia bez nauczyciela. Radził mi, abym we Wrocławiu odszukał klub esperantystów. Po powrocie do Wrocławia w dniu 22 sierpnia 1956 roku (dzień moich 16 urodzin) poszedłem do klubu na ulicę Dubois we Wrocławiu i kupiłem powielany skrypt. Następnego dnia z tym skryptem pojechałem na tydzień do mojej babci Stanisławy Worsztynowicz w Raszkowie i tam przy ulicy Pleszewskiej 5 przestudiowałem cały skrypt, a babcia się dziwiła, że nie biegam po miasteczku, tylko godzinami się uczę jakieś dziwnej mowy. Babcia uczęszczała pod koniec 19-tego wieku do szkoły niemieckiej i jak jej mówiłem jak się nazywają różne przedmioty, zwierzęta i osoby w tym dziwnym języku: mówiła ze zdziwieniem " hundo, ŝranko, fenestro, vando to podobnie jak po niemecku". A ja już wiedziałem z przedmowy do skryptu, że słownictwo esperanckie pochodzi z różnych języków narodowych.
Wróciłem do Wrocławia i zapisałem się na trzymiesięczny
kurs esperanta, gdzie utrwaliłem swoje wiadomości, W dniu 14 grudnia 1956 roku
prezes Jakub Garbar wręczył mi świadectwo i legitymację członkowską Związku
Esperantystów w Polsce. Poczułem się pasowany na rycerza nadziei i
wiedziałem, że swoje życie poświęcę tej pięknej idei. W tym czasie ojciec
kupił radio z falami krótkimi i zacząłem słuchać Radia "Wolna Europa", aby
więcej wiedzieć o świecie na zachód od Łaby. Po chwilowej odwilży (tzw.
polskim październiku) reżym komunistyczy stopniowo przykręcał śrubę. Bardzo
przeżywałem wydarzenia na Węgrzech i likwidację mojej ulubionej gazety “Po
prostu“. Uczestniczyłem aktywnie w sobotnich spotkaniach w klubie
esperanckim i nawiązałem korespondencyjny kontakt z kilkoma zagranicznymi
esperantystami. Stopniowo przeczytałem wszystkie książki w klubowej bibliotece, zacząłem prenumerować czasopisma esperanckie i kompletować własną
biblioteczkę. Dnia 4 kwietnia 1959 roku Polskie Radio wznowiło audycje w
języku esperanto, których stałem się wiernym słuchaczem. Latem odbył się w
Warszawie 44 Światowy Kongres Esperantystów. Po okresie stalinowskich
prześladowań reaktywowały się Oddziały Polskiego Związku Esperantystów oraz
krajowe stowarzyszenia w tzw. krajach demokracji ludowej.
Latem 1960 roku uczetniczyłem w spotkaniu z czeskimi esperantystami na
szczycie Śnieżki. Siedzieliśmy w kręgu i swobodnie rozmawialiśmy. Po
spotkaniu Czesi zaprosili nas na piwo do czeskiego schroniska odległego 10
metrów od linii granicznej.
Po wyjściu ze schroniska zostaliśmy zatrzymani przez straż graniczną i
zaprowadzeni do strażnicy na przełęczy Okraj. Po kilkugodzinnym przesłuchaniu
zostaliśmy odprowadzeni pod eskortą do Przesieki. Przed wymarszem dowódca dał
rozkaz żołnierzom odbezpieczenia broni. A więc byliśmy przestępcami. W
Przesiece już czekała na nas ciężarówka i odwiozła nas do Szklarskiej Poręby.
Tam odbyło się całonocne przesłuchanie. Na pytanie przesłuchującego nas
oficera odpowiedziałem "spotkaliśmy się z czeskimi esperantystami, bo
chcieliśmy poszerzać przyjaźń między narodami “. Na to oficer się zaśmiał i
powiedział "To pan nie wie jak perfidnym narodem są Czesi?". Za ten występek
groziła nam bardzo wysoka grzywna, ale jeden z zatrzymanych był krewnym lub
znajomym sekretarza Komitetu Powiatowego PZPR i sprawę umorzono.
A więc kolejne rozczarowanie. Chyba nie doczekam się Stanów
Zjednoczonych Europy. W tym czasie w sklepie filatelistycznym zobaczyłem
znaczki z kilku krajów zachodniej Europy z identycznym rysunkiem i napisem
Europa. Zacząłem kolekcjonować te znaczki i mam ten klaser do dnia
dzisiejszego. W Radiu Wolna Europa słuchałem cyklu audycji Uniwersytetu
Europejskiego w Brugge. Mówiono o budującej się Unii Europejskiej, ale nic nie
mówiono o Polsce i innych krajach z drugiej strony żelaznej kurtyny. Napisałem
wtedy do Redakcji Radia "Wolna Europa", aby pamiętali, że Europa kończy się
nie na Łabie, ale na Bugu. List ten podpisałem pseudonimem „Ted“ i wysłałem do
esperantysty w Norwegii z prośbą o wysłanie na adres Redakcji. Po 2 tygodniach
usłyszałem na falach Wolnej Europy potwierdzenie, że otrzymali list od
słuchacza z Polski o pseudonimie Ted i odczytano mój list. Napisałem co
myślałem, ale wtedy nie wierzyłem, że za mojego życia Unia Europejska
rzeczywiście będzie się kończyła na Bugu. Dzisiaj patrzę dalej i w Europie
chciałbym widzieć również Ukrainę i Białoruś.
Przy Oddziale Wrocławskim PZE założyliśmy Koło Polskiej Młodzieży Esperanckiej. Licznie uczestniczyliśmy w krajowych zjazdach PME w Bytomiu i Bydgoszczy. Ponieważ byliśmy najsilniejszym ośrodkiem mlodzieżowego ruchu esperanckiego w Polsce, przeniesiono do Wrocławia Zarząd Główny PME. Przewodniczącym został Adam Pleśnar, ja natomiast sekretarzem. W 1962 roku wybrałem się w pierwszą podróż zagraniczną. Uczestniczyłem w kongresie esperantystów węgierskich w Budapeszcie, zwiedziłem Szeged i miejscowości wokół Balatomu.. W 1963 roku stuosobową grupą pojechaliśmy na Światowy Kongres Młodzieży Esperanckiej we Wracy (Bułgaria), zwiedzając po drodze kilka krajów, gdzie spotykaliśmy się z miejscowymi esperantystami.
![]() |
|||
Wysłałem do wielu czasopism esperanckich ogłoszenia Wandy w sprawie nawiązania korespondencji. Otrzymała mnóstwo listów z całego świata. Wśród tych listów był list do Franza Knoblocha z RFN. Pisał on zawsze do Wandy „Kara kuzino“ (Droga Kuzynko), a pochodził z czeskiej linii Knoblochów.
Wanda swe
pierwsze 8 lat życia spędziła we Lwowie. Jej dom we Wrocławiu żył cały czas
wspomnieniami ze :Lwowa i Gródka Jagiellońskiego. W 1958 roku odbył się we Wrocławiu zjazd
gródeckiej gałęzi rodu Knoblochów, w którym uczestniczyło 87 osób. Wanda zdawała
sobie sprawę z tego, że w jej małej ojczyźnie mówi się obecnie po ukraińsku, w
hajmacie jej przodków w Wirtembergii mówi się dialektem szwabskim języka
niemieckiego, a na Dolnym Śląsku, który od 1946 roku stał sie jej nową małą
ojczyzną, mówi się po polsku. Wanda doszła do wniosku, że esperanto może
połączyć jej trzy małe ojczyzny. Wandy ojciec opowiadał, że jego przodek
przybył do Galicji z Wirtembergii, ale nikt z rodziny nie pamiętał już który z
przodków, kiedy i z jakiej miejscowości. W ówczesnej sytuacji politycznej
wydawalo się nam, że nie ma szans na rozwiązanie tej zagadki, tym bardziej, że
nie znaliśmy języka niemieckiego, aby rozpocząć jakieś pozukiwania w
Niemczech. Wanda pochodzi z niemieckiego rodu, którego jedna z gałezi się
całkowicie spolszczyła, tak że już w 1920 roku Michał Knobloch pojechał z
Gródka do Wrześni w Wielkopolsce aby tam organizować polskie szkolnictwo, a
Bronisława Knobloch w tym samym celu pojechała na Górny Śląsk. Natomiast wiele
osób z rodu Wojtakowskich wyemigrowało sto lat temu za pracą do Westfalii i
tam się zgermanizowało.
W 1965 roku razem z Wandy ojcem Józefem
wybraliśmy się w podróż po kilku krajach Europy (Rumunia, Bułgaria,
Jugosławia, Węgry i Czechy). Do Rumunii jechaliśmy tranzytem przez Lwów bez
prawa wysiadania na terenie Ukrainy. Wysiedliśmy jednak we Lwowie i
spędziliśmy w tym mieście 24 godziny. Wanda zobaczyła po 19 latach dom przy
ulicy Sapiehy 25, w którym się urodziła i mieszkała do 1946 roku, kościół
Marii Magdaleny, w którym została ochrzczona i przystąpiła do I komunii, a
także zwiedziliśmy resztę miasta.

Rozmawialiśmy z wieloma mieszkańcami Lwowa, w tym z młodą
esperantystką Lesją. Ojciec Wandy powiedział nam, że pracował we Lwowie razem z
Ukraińcami, miał wśród nich wielu przyjaciół, i to nie oni ponoszą winę za to,
że rodzina Knoblochów musiała opuścić swe ukochane miasto. Wszystkiemu byli
winni Rosjanie oraz Anglicy i Amerykanie, którzy w Jałcie zaakceptowali
szaleńcze pomysły Stalina, aby przesuwać granice i przesiedlać miliony ludzi.
Z narodem ukraińskim musimy się pojednać, ale będzie to możliwe dopiero gdy
Ukraina uzyska niepodległość. Wandy ojciec nie doczekal tej chwili, my z
Wandą doczekaliśmy się i obecnie redagujemy internetową podwitrynę „Dalecy kuzyni z Ukrainy“.
Przypuszczamy, że wsród Wandy przodków byli także Ukraińcy. Na Ukrainie mieszkają obecnie rodziny o kilku nazwiskach występujących w tablicy przodków Wandy
(Babczyński, Baran, Pakuszyński). Może uda się nam nawiązać z nimi kontakt, by
razem powędrować w przeszłość śladami przodków.
c.d.n.
|
Aktualizacja: maj 2008 |
|
Kodado: unikod UTF-8 |
|
|
Aktualigo: majo 2008 |
Napisz do Worsten |
© Worsten 2003 |